Tragedia na S5
Na ławie oskarżonych pracownicy GDDKiA i inżynierowie. „Ten wypadek do dziś śni mi się po nocach”

Czy błędy w oznakowaniu doprowadziły do tragedii na będącej w budowie drodze ekspresowej S5 w Cotoniu? To ma ustalić proces, który toczy się przed Sądem Rejonowym w Żninie. Na ławie oskarżonych zasiada pięć osób związanych z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad oraz przygotowaniem projektu organizacji ruchu. Żadna z nich nie przyznaje się do winy. – Podejrzewam, że następny byłbym ja – mówił w czasie zeznań jeden ze świadków wypadku, w którym życie stracił Krystian Łaziński. Jechał tuż za nim, na własne oczy widząc moment tragedii.
Zarzuty dopiero po kilku latach
W listopadzie ubiegłego roku minęło 6 lat od śmierci 37-letniego Krystiana Łazińskiego, który 3 listopada 2019 r. na czasowo oddanym do użytku odcinku będącej w budowie drogi S5 w Cotoniu, zderzył się czołowo z busem. Jako jedyny nie przeżył. Tydzień później, 10 listopada na tym samym odcinku drogi zginęła jeszcze jedna osoba – 43-latek, a kilka innych zostało rannych.
Sprawą zajęli się śledczy. Dopiero w 2024 roku nastąpił przełom. Prokuratura Rejonowa w Żninie postawiła zarzuty pięciu osobom. Na akt oskarżenia trzeba było czekać prawie kolejny rok, m.in. dlatego, że w wyniku wyjaśnień, które składali podejrzani prokurator wystąpił do biegłego z zakresu inżynierii w ruchu drogowym o uzupełnienie opinii. Dopiero w maju br. szef Ośrodka Zamiejscowego Prokuratury Rejonowej w Szubinie z siedzibą w Żninie prok. Dariusz Mańkowski poinformował, że akt oskarżenia został skierowany do żnińskiego sądu, gdzie sprawa znalazła swój finał.
Przypomnijmy, oskarżeni to trzej obecni i byli pracownicy GDDKiA w Bydgoszczy – Tomasz O. – naczelnik jednego z wydziałów, Przemysław A. – zastępca dyrektora oddziału oraz Karol J. – członek zespołu projektowego. Zarzucono im, że nie dopełnili oni obowiązków w zakresie przygotowania i zatwierdzenia tymczasowej organizacji ruchu w miejscu wypadku, przez co działali na szkodę uczestników ruchu. Narazili ich przez to na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, a także przyczynili się do zaistnienia wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym. Grozi im od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Ponadto o poświadczenie nieprawdy w protokołach tymczasowej organizacji ruchu oskarżono także inżyniera budowy i koordynatora robót Radosława Ś. oraz Piotra L. za co sąd może wymierzyć im karę od 3 miesięcy do 5 lat więzienia.
Proces nabiera rozpędu
Pierwsze posiedzenie sądu odbyło się w październiku ubiegłego roku i miało charakter organizacyjny oraz porządkowy. Dopiero 3, 6 i 9 marca nastąpiło przesłuchanie oskarżonych (żaden z nich nie przyznaje się do winy), części świadków oraz oskarżycieli posiłkowych, w tym brata ofiary pierwszego wypadku Marcina Łazińskiego, który przyleciał do Polski aż z Australii, aby przedstawić sędziemu Michałowi Kuchnickiemu szczegóły swojego prywatnego śledztwa. 9 marca przez ponad 2 godziny składał obszerne zeznania, posiłkując się materiałami audiowizualnymi, w tym nagraniami oraz zdjęciami z różnych perspektyw. Zaznaczył, że o tragedii, która dotknęła jego rodzinę dowiedział się od przedstawiciela ambasady w Australii, po czym zdecydował się jak najszybciej dostać do kraju. Przyleciał 7 listopada, a już 10 listopada na tym samym odcinku udostępnionej do ruchu drogi doszło do kolejnego śmiertelnego wypadku, którego przebieg również przeanalizował.
Z zeznań wynika, że Marcinowi Łazińskiemu udało się nawiązać bezpośredni kontakt z KPP w Żninie, gdzie dowiedział się, że przyczyną wypadku był niebezpieczny manewr wyprzedzania, podjęty przez jego brata. Takie informacje zostały też przekazane do wiadomości opinii publicznej. – Sugerowano, że to była jego wina. To jednak nie był jego styl zachowania się – mówił, wskazując, że jego brat był wieloletnim, ostrożnym i odpowiedzialnym kierowcą. Studiował medycynę w Łodzi, zaś w Australii ukończył prawo.
Po wylądowaniu w Warszawie Marcin Łaziński wypożyczył samochód i pojechał na miejsce wypadku. Dokładnie przyjrzał się oznakowaniu poziomemu i pionowemu na feralnym odcinku, które w jego ocenie wprowadzało kierowców w błąd. Uwypuklił m.in. brak znaku F15, a także ponownego zastosowania znaku A20. – Po minięciu pachołków, które w pewnym momencie się skończyły, od razu pojawiało się uczucie, że człowiek wjechał na drogę ekspresową. Tak, jakby roboty drogowe się skończyły – mówił. Zaprezentował również zdjęcia i nagrania z licznymi niebezpiecznymi, kolizyjnymi sytuacjami, sugerującymi, że wielu kierowców (podobnie jak jego brat) traktowało odcinek jako drogę dwupasmową, wiodącą w jednym kierunku. Ostatnią z fotografii była ta, obrazująca działania podjęte na drodze, ale dopiero po drugim śmiertelnym wypadku. GDDKiA ustawiła tam pachołki, oddzielające od siebie dwa pasy jezdni, co stało się w jego ocenie stanowczo za późno. – To tylko szczęście, że nie doszło tam do innych śmiertelnych wypadków – zaznaczył.
Nie dojechali na bydgoską giełdę
W roli oskarżycieli posiłkowych w Sądzie Rejonowym w Żninie stawili się także 68-letni Piotr G. oraz jego 28-letnia córka Daria G. 3 listopada 2019 r. to w ich busa uderzył Krystian Łaziński. Wczesnym porankiem, w towarzystwie żony i mamy, wyjechali z Gniezna na niedzielną giełdę do Bydgoszczy. W wyniku wypadku Piotr G. trafił do szpitala ze złamaniem ręki, podwójnym złamaniem nogi, zapadniętymi płucami. – Do dzisiaj boję się ciemności. Do dzisiaj to wszystko wraca – nie ukrywała przeżytej traumy Daria G., która szczególnie martwiła się w tamtym okresie o swojego ojca. – W szpitalu powiedzieli, że w ogóle nie przeżyje – mówiła łamiącym się głosem.
Krzyczał, że ktoś zginął
9 marca sąd przesłuchał także uczestniczkę wypadku na S5 z 10 listopada, która tego dnia jechała z narzeczonym z Bydgoszczy. Pamięta silne uderzenie, trzask i hałas. – Czułam jak pasy bezpieczeństwa mocno uciskają mnie do tego stopnia, że nie mogłam oddychać. Poduszka powietrzna z mojej strony nie wystrzeliła. Musiałam na chwilę stracić przytomność, ale była to dosłownie chwila. Jak oprzytomniałam zobaczyłam narzeczonego na zewnątrz. Próbował pomóc mi wyjść, a ja nie mogłam się ruszyć. Pamiętam, że płakał i miał poranioną twarz. Jakiś mężczyzna podszedł do naszego samochodu i krzyczał, że ktoś zginął. Krzyczał do Wojtka co on narobił – brzmiał fragment wyjaśnień. Kobieta z pełną stanowczością podkreśliła, że oboje byli przekonani, że jadą dwupasmową drogą jednokierunkową. Oznakowanie odcinka nie wskazywało bowiem na inną organizację ruchu.
Mógł być ofiarą, nie świadkiem
Ostatnim ze świadków był tego dnia 69-letni zawodowy kierowca Krzysztof Ch., który za kółkiem spędził kilka milionów kilometrów. – Ten wypadek do dziś śni mi się po nocach. Pierwszy raz w życiu miałem taką nieprzyjemność na własne oczy widzieć bardzo tragiczny w skutkach wypadek – rozpoczął, zwracając się do sędziego Michała Kuchnickiego. 3 listopada jechał bezpośrednio za Krystianem Łazińskim, który rozpoczął manewr wyprzedzania ciężarówki. Zauważył, że na drodze nie było żadnych dodatkowych oznaczeń wskazujących na ruch dwukierunkowy, nie było słupków, żółtych pasów poziomych. – Powiem szczerze, że podejrzewam, że następny byłbym ja, który chciałbym wyprzedzić tę ciężarówkę ze względu na brak oznaczeń – zeznał.
Na wyrok trzeba poczekać
Kolejny świadkowie, a także biegli przesłuchani zostaną dopiero pod koniec czerwca. O przebiegu wymagającej czasu i szczegółowości rozprawy będziemy informować na bieżąco.




